czwartek, 20 marca 2014

Kopielew opisuje zdobycie Neidenburga


Lew Kopielew pisarz, obrońca praw człowieka, ur. w 1912 r. w Kijowie, aresztowany w IV 1945, skazany na 10 lat łagrów. W 1981 pozbawiony obywatelstwa, które przywraca mu M. Gorbaczow. Zmarł w Kolonii 18.06.1997 r.

W mojej biblioteczce mam dwie pozycje tego autora. "Bożyszcza mojej młodości" wydane w j. polskim w 1990 r. i "Przechowywać wiecznie" w j. niemieckim z 1976 r. 











...   Dotarliśmy do Gross-Koslau i Klein-Koslau, pierwszych wsi w Prusach Wschodnich, które stały w ogniu. Kierowca musiał jechać środkiem drogi. Po obu stronach jasnym płomieniem paliły się domy. Tliło się wysokie drzewo przed płonącym kościołem. Przez kilka minut jechaliśmy w tunelu ognia wąską i krętą ulicą. Było niesamowicie gorąco, dławił gryzący dym, tryskał deszcz skier, latały płonące głownie. Bielajew krzyczał na przemian: ,,Dawaj gazu, bo się u diabła spalimy" albo ,,Zawracaj, Jesteśmy zgubieni!"
Na wiejskim placu stała furmanka z kilkoma żołnierzami z taborów. Zatrzymaliśmy się: "Czy tu była jakaś bitwa?".
-Bitwa? Dlaczego? Wszyscy uciekli, zanim myśmy się tu pokazali - nie pozostał żaden cywil.
-A więc podłożyli miny?
     -Kto? Niemcy? Min tu w ogóle nie było. Wieś nasi podpalili.
-Dlaczego?
        -Diabli wiedzą dlaczego. Po prostu, dla draki.
Wąsaty starszy żołnierz zrzędził zagniewany.
- Mówi się, że to Niemcy, a wiec niszczcie wszystko, palcie co się da! Mścijcie się! No i co - gdzie teraz mamy spać, gdzie położyć rannych?
Inny z żalem spoglądał w stronę płonących zabudowań:
-Ile tu ginie dobra! Nasi w domu głodni i nadzy, a tu pali się wszystko bez pożytku.
Bielajew pouczał: - Fryce obrabowali cały świat i dlatego mają tyle wszystkiego. U nas wszystko zniszczyli, a teraz jest odwrotnie, dlatego nie ma co im współczuć.
Uznałem to za głupią i pokrętną próbą wytłumaczenia ludziom przyczyn owych barbarzyńskich poczynań. Wstrętna jest tego rodzaju arogancka i obłudnie uspokajająca naród argumentacja. Dlaczego mówią coś, w co się samemu nie wierzy, wiedząc że i słuchający w to nie uwierzą.
Dlatego bez zacietrzewienia powiedziałem:
- To nie im powinniśmy współczuć, lecz sobie samym, bowiem bezsensowne niszczenie szkodzi nam, a nie im.
Jechaliśmy teraz przez inną płonącą wieś. Przy drodze zobaczyliśmy stado krów. W tych dniach na wszystkich wschodniopruskich drogach błąkały się stada czarno-białych, ryczących, nie dojonych i nie karmionych bydląt.
Z goryczą myślałem o tym, że to dorodne, rodowodowe wschodniopruskie bydło stanowiłoby bajeczny skarb w naszych spalonych, spustoszonych wsiach. Złościło mnie to i smuciło zarazem. Gdzieś tam w głębi duszy współczułem wschodniopruskim chłopom, którzy utracili nie tylko swoje krowy, ale i swoją ojczyznę, gdyż wtedy wiedzieliśmy już, że te ziemie przypadną w udziale Polsce oraz nam. Lecz owo współczucie było słabsze, niepewne, mniej wyczuwalne aniżeli bezpośredni gwałtowny i dręczący gniew Bielajew mi przytakiwał, lecz kiedy zobaczył przed sobą czarno-białą krowę wrzasnął jak szalony: - Dajcie jej łupnia! Za nią!

Ścięta chłodnica naszego forda uderzyła w bok, ale kierowcy było chyba krowy żal. Okazał się lepszy od swego przełożonego. Krowa się zachwiała, ryknęła i niezdarnie pokuśtykała na trzech nogach po płaskim zboczu rowu na pole. Bielajew wytrzeszczył oczy, odsunął mnie na bok i skacząc z wozu krzyczał: - Strzelajcie! Ognia! No już! Nasi żołnierze w mig znaleźli się również na ziemi. Tylko Sidorycz podążył na bezsensowne marnotrawstwo, podczas gdy u nas panowała okropna nędza. Na spustoszonych zgliszczach nad jeziorem Ilmen, w okolicy Smoleńska i Mińska, a więc wszędzie tam, gdzie szalała wojna. I nie tylko tam, lecz wszędzie, gdzie nawet nie dotarła, gdzie z daleka w sposób niedostrzegalny pochłaniała chleb i krew, gdzie kobiety same zaprzęgały się do pługa, tak jak to robili burłacy znad Wołgi, gdzie kawałek cukru stanowił tęsknie wymarzony przysmak, gdzie sinoblade dzieci o ogromnych oczach żuły ziemistoczarny, gorzkokwaśny, nie wiadomo z czego upieczony, chleb.
Tak myślałem i mówiłem o tym w pierwszych godzinach pobytu na wschodniopruskich drogach. spokojnie za nimi. Zaczęła się strzelanina. Czarna krowa na białym polu w odległości czterdziestu do pięćdziesięciu kroków stanowiła dogodny cel. Kiedy wreszcie padła, jeszcze raz uniosła łeb i ktoś dobił. Po dłuższej naradzie ściągnięto z niej skórę. Sidorycz oraz bystry i pyskaty moskwianin okazali się specjalistami pracując ręka w rękę szybko i uważnie.
Chciało mi się na ten widok śmiać, lecz jednocześnie ogarniała mnie złość. A więc po to weszliśmy do kraju wroga, aby zabić krowę? Bielajew opędzał się przede mną. Pojawił się u niego ton, którego dotąd nie słyszałem, ton przełożonego albo jeszcze lepiej, ton mentorski. -Ty bądź  cicho. Jesteś dureń, inteligent, który nie rozumie tego co ja jako człowiek myślący praktycznie. Życie i wojna bardziej skomplikowane, niż ci się wydaje.
Pod wieczór przybyliśmy do Nidzicy. Miasto rozjaśniały pożary. Całe ciągi ulic stały  tu w płomieniach. To nasi wzniecili ogień. Mimo to wiele domów nie ucierpiało.  Duże rozłożyste drzewa otaczały ulice. W jednej z bocznych ulic tuż obok żywopłotu oddzielonego od chodnika wysoką siatką leżał trup starej kobiety. Suknię miała podartą zaś pomiędzy chudymi udami aparat telefoniczny ze słuchawką wciśniętą w pochwę na ile się dało. Na ulicach wałęsali się żołnierze. Ze spokojem penetrowali dom po domu, niektórzy z tobołami albo walizami. Któryś z nich ochoczo wyjaśnił, że Niemka była szpiegiem. Przyłapano przy telefonie i dlatego przerwano jej skrzek.
Tu w Nidzicy Bielajew stawał się coraz bardziej energiczny i coraz bardziej gorliwy. Wabiły go domy wyglądające na bardziej luksusowe. Do tej pory wzrok miał posępny i zamglony. Teraz oczy mu błyszczały. Ogarnął go entuzjazm. Działał wręcz odważnie, bowiem taszcząc z płonącego domu potężny gobelin ze scenami pasterskimi á la Watteau, omal nie przypłacił tego życiem umykając przed spadającą belką. Gdzie indziej rozkazał zabrać ogromny stojący zegar wielki na półtora chłopa, jak jakaś dzwonnica. W trzecim domu oczarowało go pianino i wszędzie zabierał sterty bielizny pościelowej i odzieży. Wcale nie próbowałem mu tego perswadować. Domy stały puste, wiele zniszczonych po fundamenty. Brodziliśmy wśród potłuczonego szkła i porozbijanych naczyń, brnęliśmy w stertach rupieci. Mnie przyciągały szafy z książkami oraz biurka. W domu pewnego sędziego odkryłem wspaniałą bibliotekę z szafami po sufit. W jednej stały dzieła z zakresu filozofii, w innej historyczne, w trzeciej prawnicze. Jedna z szaf zawierała dzieła o Napoleonie inna setki książek autorów rosyjskich w niemieckich przekładach od Łomonosowa do Szołochowa. Była jeszcze szafa z literaturą emigrantów: Tomasz i Henryk Mannowie, Lion Feuchtwanger, Leonhard Frank itd. Oprócz tego sędzia miał wspaniałą płytotekę z muzyką klasyczną oraz z przemówieniami cesarza Wilhelma, Eberta, Hindenburga i Hitlera. W biurku znalazłem ponumerowane listy od syna znajdującego się w Kanadzie w niewoli brytyjskiej. Wszystko to trzeba było zabezpieczyć i odtransportować. Pokłóciłem się z Bielajewem o ludzi, gdyż kazał on im najpierw odwieźć pianino i wszelkie rupiecie. Oczywiście że sam bym sobie z książkami nie poradził. Przekonywałem go, a raczej krzyczałem na niego, wreszcie przynajmniej część książek znalazła się także na ciężarówce.
Lecz ważniejsze od tego wszystkiego było nasze właściwe zadanie polegające na "studiowaniu moralno -politycznego nastawienia ludności niemieckiej oraz działalności faszystowskiego podziemia". Pierwszy dzień naszego pobytu w Prusach Wschodnich chylił się ku zachodowi, a ja widziałem zaledwie kilka martwych ciał. Natomiast pośród gromady  żołnierzy zauważyłem jakąś starą kobietę. Ubrana była w długi znoszony pluszowy płaszcz z wytartym futrzanym kołnierzem nie zidentyfikowanego gatunku, w kapeluszu obwiązanym szalem. Wyskoczyłem z szoferki i podbiegłem bliżej. Żołnierze byli do niej życzliwie nastawieni i łamaną niemczyzną mówili: ,,Soldatt, Soldatt, gutt, gutt"*.
Zagadnąłem ją. Wyglądała na przestraszoną, zagubioną, nieufną, odpowiadała na moje pytania chaotycznie, z przerwami; - Szukam córki - mojej córki z dziećmi, mam ich kartki żywnościowe, a one głodne... - Potem, spokojniejsza, opowiadała, że jest wdową i jej córka też. Mąż córki poległ w Afryce, i że biednymi ludźmi.

* Soldatt, Soldatt, gutt, gutt - okrzyk ten miał świadczyć o tym, że żołnierz nie żywi złych zamiarów.
- Gdzie pani mieszka? Gdzie córka? Niech pani pójdzie ze mną.
Szła ociągając się, pełna obaw, mrucząc pod nosem. - Jesteśmy biedne, niczego pan u nas nie znajdzie, a córka jest chora.
Uspokajałem ją: - Nikt pani nie wyrządzi krzywdy. Chcę, aby pani bezpiecznie dotarła do domu. Nie może pani pozostawać na ulicy.
Starowina utykała na nogę, plątała się w przydługim płaszczu kurczowo przyciskając do piersi torebkę. Szedłem obok niej, za nami podążała ciężarówka.
Bielajew wychylił się z szoferki zrzędząc: - Co to ma znaczyć? Dlaczego się z nią zadajesz? To z całą pewnością wariatka.
- Bądź co bądź jest to pierwszy żyjący mieszkaniec Prus Wschodnich!
Kobieta mówiła coraz sensowniej. Nikt się nie spodziewał tak szybko Rosjan. Panowie z powiatu ciągle nas uspokajali, a potem uciekali na łeb na szyję. A prosty człowiek dlaczego ma uciekać? Szliśmy najpierw jedną potem drugą ulicą. Mniej tu płonęło domów, gęstniała ciemność. Bielajew nalegał: - Powinniśmy zastrzelić, bo ona może nas zwabić w zasadzkę.
Odpowiedziałem mu przekleństwem.
Wreszcie dotarliśmy do domu położonego na skraju miasta. Ulicę tylko po jednej stronie zajmowały domy i ogrody, po drugiej znajdowały się pola i ugory, lecz  w ciemności granica ta była niewidoczna dla oka. Przed domem stały wojskowe pojazdy, kręcili się żołnierze, wystawiono posterunek.
- Tutaj mieszka moja córka!
Wartownik powiedział jednak, że ani w tym domu, ani też w sąsiedztwie nie ma nikogo z mieszkańców: - Gdyby przebywała tu chociaż jedna jedyna kobieta, to byśmy o tym wiedzieli - dają głowę!
Starowina niczego nie rozumiała i nie chciała uwierzyć, córki nie ma w domu błagała, aby wpuszczono. Wyjaśniłem, że tego nie wolno zrobić, bowiem w tym domu mieści się sztab. Wracaliśmy do miasta. Być może córka poszła do znajomych. Zaproponowałem kobiecie, aby wsiadła do naszego auta.
Znów chaotycznie bełkotała. Wciąż na nowo o córce, kartkach, o dzieciach.
Zbliżający się do nas samochód wjechał w zaspę i utknął. Bielajew zeskoczył, a za nim żołnierze, którzy wypchnęli ciężarówkę na drogę, a potem zrównali się z nami. Bielajew orzekł: - Ona nas celowo wyprowadziła w pole. To szpieg. Sprawdziłeś jej dokumenty? Wyrwał jej z rąk torebkę, na co krzyknęła przestraszona. Zapalił latarkę wyrzucił całą zawartość: agrafki, kartki na chleb.
- Moje kartki! Moje kartki na chleb! - biadała.
Bielajew wyciągnął pistolet: - To szpieg! Do diabła, trzeba zastrzelić!
- Oszalałeś! Co cię opętało? Schwyciłem go za rękę. Odwróciłem się. Najmłodszy z naszych żołnierzy z ciężarówki pchnął kobietę w śnieg i strzelił do niej z bliska. Pisnęła jak królik.
- Co zrobiłeś ty skurwysynie! - wrzeszczałem tracąc nad sobą panowanie. Żołnierz strzelał jednak raz po razie. W śniegu zaległa ciemna nieruchoma bryła. Żołnierz wyrostek pochylił się nad nią, ściągając z ofiary wytarty futrzany kołnierz.
Spojrzałem na Bielajewa. Co teraz? Czyżbym miał go uderzyć?

Zdenerwowanie minęło, byłem śmiertelnie znużony, bezwolny. Podłe uczucie. Jednocześnie towarzyszyła mi nędzna, uspokajająca myśl, że i tak nie zdołałbym staruszce pomóc. (...)
Tłumaczenie:  Borussia 15/1997

 Zdjęcia Kopielewa zamieszczone w książce oraz strony opisujące wkroczenie do Ostpreussen.

Podziękowanie od Stalina za udział w zdobyciu Neidenburga



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz