piątek, 25 lipca 2014

1934 wycieczka do Neidenburga



Na stronie http://www.tannenberg-denkmal.com/html/28_slady_pamieci_3.php
możemy zapoznać się zw wspomnieniami Włodzimierza Fiszera

ślady pamięci

oryginalne rękopisy, wspomnienia Włodzimierza Fiszera z roku 1935,- inżyniera budownictwa lądowo-wodnego ze specjalnością koleje żelazne, absolwenta Politechniki Lwowskiej, członka Lwowskiego Aeroklubu Akademickiego, który pisał i wygłaszał pogadanki w Radjo Lwów m.in. na tematy społeczne, polityczne, techniczne i etyczne.





Trasa wycieczki:
Tannenberg (Grunwald), Hohenstein, Waplitz, Rontzkern, Neidenburg, Koslau, Krasnołęka, Działdowo, Lidzbark

str.1 Wycieczka do Tannenbergu (Grunwaldu) Prusy Wsch. 26.VIII.1934 Wyjazd nastąpił o godz. 9.30 z m. Lidzbarka na Pomorzu. Podróż odbywała się na samochodach. Jechało 60 osób, przeważnie- obywateli Lidzbarka, pochodzących z zamożniejszych sfer; 30% pasażerów stanowiły kobiety. Trasa wycieczki prowadziła do granicy pruskiej przez m. Działdowo (Soldau)-znajdującego się jeszcze po stronie polskiej w 25 kilometrach od m. Lidzbarka. w odległości 7 klm. za Działdowem, w miejscowości Krasnołęka-nastąpił postój w urzędzie granicznym-celnym, gdzie każdy z uczestników otrzymał paszport graniczny „Grenzausweis”-posiadający napisy w języku polskim i niemieckim. Po kilkunastu krokach od domu urzędu celnego znajduje się zapora graniczna zaopatrzona w godło państwowe. Przejazd przez granicę jest dozwolony wyłącznie w godzinach na ten cel przeznaczonych a więc w dnie powszednie od godz. 7 rano do 7 wieczór zaś w niedziele i święta tylko do godz.16-tej. Po załatwieniu czynności urzędowych związanych z wydaniem paszportów-wjechaliśmy w aleję lipową rozpoczynającą się tuż za szlachbaumem-przejechaliśmy przez most zaopatrzony w dwie tablice- jedną z godłem polskim-, po lewej stronie mostu, widocznem od strony niemieckiej,-i drugą po prawej stronie: z czarnym charakterystycznym orłem niemieckim i napisem w gotyckim stylu: Deutschland. Po kilkuminutowej jeździe stanęliśmy przed zaporą niemieckiego urzędu celnego a następnie zatrzymaliśmy się przy tablicy z napisem : ”Halt Zollamt!”. Na progu budynku wybudowanego w charakterystycznym stylu niemieckim stanął niemiecki urzędnik cały w zielonym umundurowaniu o błyszczących...i złotemi tonami-szlifach gwiazdkach i innych błyskotkach, nadających jego postaci bardzo uroczysty i poważny wygląd. Po krótkim postoju i zadziwiająco szybkiem załatwieniu czynności urzędowych oraz-ku nie małemu zdumieniu podróżnych-bez jakiejkolwiek rewizji osobistej-ruszyliśmy w dalszą drogę, wkraczając już na właściwy teren niemiecki. Trasa drogi prowadziła ciągle aleją lipową, której drzewa, szeroko rozrośnięte, tworzyły ze splotu (Sic!)

str.2 konarów i liści-zielone sklepienie tuż nad głowami przejeżdżających. Pogoda sprzyjała wycieczkowiczom i przez zieloną arkadę lipową-na uciekające przed nami w dal- szare pasmo drogi- rzucało swe promienie-wysoko jarzące się słońce. Dzięki pierwszorzędnie wybudowanym i równie doskonale utrzymanym drogom-podróż była niezwykle przyjemna i gdyby nie świeży powiew powietrza spotęgowany znaczną szybkością jazdy-odnosiłoby się zupełne wrażenie podróży w luksusowym „sleepingu” kolejowym, a nie jak to było w rzeczywistości-na zwykłej ciężarówce doraźnie przekształconej na rodzaj otwartego autobusu. Pierwszem osiedlem napotkanem po stronie niemieckiej była miejscowość „Koslau” (wioska). Obfitość najrozmaitszego rodzaju plakatów reklamowych oraz ogłoszeń, jakoteż regularność zabudowań prawie wyłącznie murowanych i krytych dachówką-nadają najmniejszemu osiedlu niemieckiemu wygląd kulturalny i upodobniający je do osiedli miastowych. z szeregu różnokolorowych afiszów rzucał się w oczy duży plakat propagujący głosowanie na Hitlera-na pierwszym planie- olbrzymia postać Hitlera-w brunatnej koszuli- bez czapki z charakterystycznym kosmykiem włosów, spadającym na czoło oraz z podniesioną ręką; zaś za Hitlerem-nieprzeliczone tłumy ludzi idących w ślady swego „Führera” (wodza). Na drogach coraz bardziej wzmaga się ruch kołowy i pieszy-ludność odświętnie przystrojona zdąża do swych świątyń, jako że był to dzień niedzielny. Bardzo często spotyka się rowerzystów, są nimi nie tylko mężczyźni, lecz również często tak młode panny, jak i leciwe niewiasty. Widzi się tam, jak zresztą i u nas na Pomorzu, że rower jest traktowany nie jako przedmiot luksusowy, lecz jako przedmiot codziennego użytku a przedewszystkiem jako bardzo dogodny środek komunikacyjny. Oczywiście tak wspaniały rozwój nie tylko sportu ale i komunikacji kolarskiej jest w pierwszej mierze funkcją stanu dróg kołowych, które w Prusach-jak to sądzić można na podstawie setek kilometrów przebytych na nich autem w czasie wycieczki-jest bez zarzutu- doskonały. (Sic!)



Opuściwszy Waplitz po przeszło godzinnej jeździe przybyliśmy z powrotem do miasta Neidenburga, gdzie przewidywaliśmy godzinny postój. Zwiedzając miasto przeczytałem między innemi gazetę ścienną: [„Der Sturmer „Szturmowiec”] jest to organ hitlerowskiej organizacji narodowo-socjalistycznej, której jednym z czołowych haseł jest walka z Żydami. Wyrazem jej na łamach „Szturmowca” były nie tylko artykuły o treści poważnej, lecz i obfita ilość karykatur. A więc jedna z nich nosząca napis: (Der „Auch” Arbeiter) co znaczy „Też” pracujący. Przedstawiała na pierwszym planie typowego żyda-kapitalistę z brzuchem-ładującego kieszenie banknotami-a w oddaleniu-chrześcijańskiego robotnika ciężko pracującego przy wożeniu ziemi wózkami na torze kolejki roboczej. Inna karykatura zatytułowana: „Paragraf” przedstawiała duży znak § przez dziurę którego pośrodku wlazł żyd z jednej strony na drugą, tkwi właśnie w „paragrafie” jeszcze jedną ręką i nogą; ma to symbolizować łamanie wszelkiego prawa przez żydów, którzy w każdym kodeksie, w każdym jego paragrafie znaleźć potrafią właśnie dziurę przez którą się przedostają na drugą stronę i osiągają zamierzony cel. (Sic!)
str.3 Duża ilość rozmaitych tablic orjentacyjnych czyni orjentację w czasie podróży nietrudną i wyklucza możliwość zbłądzenia z właściwej drogi. Następnym etapem naszej podróży jest nieduże ale schludnie i pretensjonalnie wyglądające miasto-Neidenburg. Na głównej ulicy, prowadzącej do rynku-przedstawia się oczom naszym widok, który na podróżnym, znajdującym się poraz pierwszy w „Hitlerlandzie”-czyni niezatarte wrażenie i wywołujące specyficzne nie dające się opisać-uczucie. Oto maszerują chodnikami-w szyku bojowym-jeden po drugim-zwartemi kolumnami-oddziały młodych szturmowców-młodzieży hitlerowskiej w brunatnych koszulach. Nie są one właściwie brunatne, lecz koloru jasnej cegły-a więc o odcieniu czerwono-żółtawem; przyczem spodnie: „galife” są nieco ciemniejsze i najczęściej wykonane z grubszego materjału. Obuwie stanowią wysokie buty. Czapki-okrągłe opłaskim dnie na wzór francuski- o kształcie cylindrycznym-i o kolorze koszul-mają czerwony otok przy górnej krawędzi, rzemyk i odznakę hitlerowską. Na ręce opaska czerwona z okrągła biała tarczą i czarną swastyką hitlerowska. Oddziały kroczą nie dwójkami lub czwórkami-lecz w trójkach. Porządek bez zarzutu. Dyscyplina wzorowa. Mijając je wjeżdżamy na duży prostokątny plac-na środku, którego czarnieje smukła sylwetka pomnika- bohaterom niemieckim, poległym w czasie wojny światowej. Pomnik przedstawia olbrzymią postać żołnierza niemieckiego w pełnym rynsztunku bojowym, w żelaznym hełmie szturmowym z szpicem u góry; w uniesionej ku górze prawej ręce-trzyma sztandar, zaś u stóp jego leżą skrzyżowane bagnety i inne połamane części broni wojskowej-symbolu walk. w Nieidenburgu urządzamy pół-godzinny postój. Pozwala to najwyżej na pobieżne oglądniecie zewnętrznego wyglądu miasta, okien wystawowych w niektórych sklepach i ewentualnie na wstąpienie- (Sic!)

str.4 do pobliskiej i funkcjonującej w pełni-restauracji-co też niebawem uczyniłem. Przedewszystkiem-co do „nastroju” ulicy-to jest on powiedziałbym jakiś bardzo sztywny, nie widzi się tam tych przejawów zewnętrznych wesołego nastroju, ewentualnie tego wzmożonego nastrojowego pulsu życia, jaki cechuje dnie świąteczne. Publiczność defiluje powoli i uroczyście chodnikami jakby, również podporządkowując się dyscyplinie utrzymywanej niewidzialną-ale wszędzie i na każdym kroku wyczuwalną ręką Führera-Hitlera. Ta unosząca się wszędzie atmosfera subordynacji i konsolidacja zewnętrzna całego społeczeństwa niemieckiego w duchu lojalności hitlerowskiej-jest najbardziej może istotnym przyczynkiem do charakterystyki tego wrażenia jakie się odnosi z pobieżnej ale uważnej obserwacji życia dzisiejszego miasta pruskiego. Wyczuwa się jakiś wiszący w powietrzu żal, jakąś krzywdę nawołującą do odwetu symbolem dążeń do którego wydaje się mimo „usposobienia pokojowego”-postać Hitlera. Życie całe jest nastrojone na nutę wojenną- zaczynając od młodzieży zorganizowanej w oddziały, umundurowanej i ponumerowanej-i kończąc na witrynach sklepowych, gdzie widzi się obrazy wojenne z czasów wojny ilustrujące bohaterską wolność Niemiec, między innemi-obraz incydentu w Sarajewie; widzi się szeregi luksusowo wydanych książek traktujących o wyczynach niemieckich łodzi podwodnych, niemieckiej armji lądowej-i wreszcie-ceppelinów, widzi się też jako zabawki dla dzieci-postacie żołnierzyków-wszystko na modłę hitlerowską a między niemi-również oddziały hitlerowskie żeńskie. w programie kinoteatru nie noszącego zresztą żadnej nazwy-znajdował się również wojskowo-propagandowy film hitlerowski, osnuty na tle słynnej i tendencyjnie napisanej przez niemieckiego autora książki „Horst am Wessel”-obrazujący historię z życia niemieckiego w r. 1929. Na jednym z fotosów tego filmu przedstawione jest zebranie jakiejś jaczejki komunistycznej, obradującej w pokoju (Sic!)

str.5 posiadającym olbrzymi afisz z szeregiem (nieczytelne...) w różnych językach, między innemi zupełnie poprawny napis w języku rosyjskim: „Да здравствует комсомол франции” Tymczasem na rynku przed gmachem reprezentacyjnym uformowała się defilada związku wojskowego-kombatantów z czasów wojny światowej. Wojskowe oddziały w ciemno-granatowych mundurach i w czapkach o kształcie zbliżonym do rosyjskiego tylko z uniesioną w górę również tylną częścią denka -przemaszerowały przez rynek- z orkiestrą na czele, przed którą uniesiono dość dziwnego kształtu signum z dzwoneczkami. Od czasu do czasu zajeżdżało na rynek brunatne auto z którego do owego domu reprezentacyjnego wysiadali różni przywódcy hitlerowscy również w brunatnych koszulach. Oglądnowszy ulicę i jej życie wstąpiłem do restauracji, gdzie za marki niemieckie można było się posilić ewentualnie wypić piwa, którem traktowała gości leciwa i korpulentna niewiasta, zaś bez marek niemieckich można było jedynie wypalić- przywiezionego ze sobą papierosa, ewentualnie zagrać w karty „w skata” do czego też entuzjastycznie zabrało się od razu kilku polaków-wycieczkowiczów, jako że i wśród niemieckich gości partnerów nie zabrakło. w lokalu restauracyjnym na miejscu najwidoczniejszem umieszczona była olbrzymia na 3/4 wysokości człowieka fotografia postaci Hitlera nieco pochylonego z ręką opartą na kolanie nogi zgiętej i na czemś wyższem ustawionej;-ubiór zwykły-koszula przepasana rzemykiem i pasem wojskowym. Część mężczyzn wycieczkowiczów-zaopatrzywszy się przed wyjazdem z Polski w marki niemieckie- udała się „do miasta” by dokładnie sprawdzić czy prawdą jest jakoby w Prusach dostać było można jako najmocniejszą-wódkę o mocy najwyższej-30° zaś mocniejsze-tylko na receptę lekarza. Jeden ze współpodróżujących-bardzo miły Sic!)

str.6 (jeden z „radnych” m. Lidzbarka) (nieczytelne) rozwiązania tego problemu z 20 markami w kieszeni (=40 złotych) Sądzę, że rozwiązał je znakomicie, bo gdy po powrocie spotkaliśmy się na punkcie zbornym- przy autobusie i poprosiłem go o wypożyczenie mi kilku pfenigów na kupno widokówki (niemieckich pieniędzy ze sobą nie wziąłem)-okazało się, że on nie miał już ani pfeniga. Jednak już z samego humoru jego wywnioskowałem, że niemiecka „starke” jest o wiele od 30° mocniejsza, co też mój wesoły współlokator zagadnięty na ten temat-z całą pewnością i znajomością rzeczy-potwierdził. Zwierzał mi się jednak przy tem bardzo szczerze i serdecznie, że „psiakrew polskich pieniędzy im nie dałem-ino same te... licho ich-ewangelickie...; a też nie wstąpiłem ani do jednej niemieckiej restauracji... ino do samych polskich... ja ich tu znam...”.Jedna rzecz tylko go widocznie niezadowalała-mianowicie „kalkulacja”-po przebyciu bowiem kilkunastu kilometrów autem na świeżem i orzeźwiającym powietrzu-zwrócił się do mnie mówiąc z westchnieniem: „a jednak za 40 zł. U nas w Polsce więcej restauracyj psia kość mógł bym odwiedzić...”. z Neidenburga wyjechaliśmy o godzinie 13.30-w kierunku do miasta Hohenstein, jako następnego etapu podróży. Droga była nadal pierwszorzędna, jednak szerokość jej nawierzchni-(bardzo często asfaltowej lub smołowanej) z trudem pozwalała na rozminięcie się 2 ch autobusów. Zaś ruch w tym dniu (26.VIII) jako w 20-tą rocznicę słynnych i najbardziej zaciętych walk niemiecko-rosyjskich w czasie wojny światowej pod Waplitz i Tannenbergiem-był niezwykle ożywiony nie tylko bowiem z całego terenu Prus Wschodnich ale i z Rzeszy Niemieckiej ściągały w tym dniu niezliczone masy narodu niemieckiego do Waplitz a przedewszystkiem do Tannenbergu- (Sic!)


str.19 Czołowy artykuł „Szturmowca” traktował o roli żydów w polityce-jako o odwiecznych podżegaczach rewolucyjnych. W artykule utrzymuje się, iż wszystkie krwawe dotychczasowe rewolucje były spowodowane przez żydów-w więc również tak rewolucja francuska w końcu 18 go wieku, jak i ostatnia rewolucja rosyjska. Cały szereg artykułów był poświęcony gloryfikacji i wychwalaniu osoby Führera-Hitlera, którego walory krasomówcze i inne podnoszone były do wielkości geniuszu. Z zabudowań miastowych Neidenburga-prawie wyłącznie wzniesionych w stylu staro-germańskim-bardzo kontrastowo odcinał się swymi pudełkowato-kanciastymi nowoczesnymi kształtami nowo-wybudowany kilkupiętrowy gmach szkoły Adolfa Hitlera. Zwiedzanie miasta zakończyłem wycieczką do parku na górze zamkowej, gdzie znajdował się bardzo ciekawie pod względem architektonicznym wyglądający-jakiś średniowieczny monumentalny zamek-klasztor. Dość krętemi drogami wśród krzewów i drzew-prowadziła na górę zamkową wąska alejka, zakończona na górze niedużym placem posiadającym szereg ławeczek. Roztaczał się z tego miejsca prześliczny widok na całe miasto i okolicę, na zielonem tle której odbijały się kontrastowo wyłącznie czerwono-ceglane dachówką kryte dachy budynków. Jak to zwykle bywa w takich miejscach-w pobliżu ławeczek do siedzenia w ładnej niszy wśród kwiatów widniała na słupie tablica, napis na której polecał utrzymanie porządku w ogrodzie-opiece P.T. publiczności, w tym wypadku jednak uczyniono ten kulturalny gest w dodatku-poetycznie, gdyż napis ułożony był w wiersz

„Fur jeden Fuss ist dieser weg
Fur jeden Mulden diese Bauk
Fur jedes Auge diese Blume
Zum allgemeinem Eigeutume
Fur Herz und Sinn sei alles Dir
Doch nichts ist fur die Finger hier
co oznacza:
„Dla każdej nogi jest ta ścieżka
Dla każdego znużonego ta ławeczka
Dla każdych oczu są te kwiaty (Sic!)

str.20 Będące własnością wszystkich ludzi Dla serca i umysłu jest tutaj wszystko Twoje Jednak tylko nie dla palców.” Słońce dochodziło ostatnich kresów nieba i rzucające swe blaski na czerwonawą powierzchnie dachów Neidenburga odchodziło żegnając dzień niedzielny-dzień, który przyniósł mi nie tylko szereg rzadko doznawanych emocyj, ale też moc niezatartych wrażeń i szereg pełnych specyficznej wymowy i impresji żywych obrazów, które przewinęły się przed oczyma, pozostawiając w pamięci głębokie ślady... Ze wzgórza zamkowego w Neidenburgu przy blaskach zachodzącego słońca uroczyście pożegnałem Niemcy, kto wie na jak długo-być może na zawsze.... I znowu przeszło-godzinna jazda-świetnemi drogami, gładkiemi jak asfalt-, prowadzącemi nas wzdłuż alei z lip i kasztanów- ku granicy polsko-niemieckiej. Zmrok już zapadł zupełny, gdy stanęliśmy obok budynku „Zollamt” (Niemieckiego Urzędu Celnego). Formalności urzędowe, jak i przy wjeździe,-zostały załatwione zadziwiająco szybko i prosto;-wystarczy powiedzieć, że nie wymagano od nas nawet wysiadania z aut. Po kilkuminutowym postoju otworzono szlachbaum i wjechaliśmy na parękilometrowy pas neutralny-przybywając wreszcie do placówki granicznej polskiej. Sprawa przejazdu przedstawiała się tu zgoła odmiennie. Nagromadzonych było przed zamkniętym szlachbaumem dużo aut, czekających na zezwolenie przejazdu, a pasażerowie- trwali w wyczekiwaniu-częściowo na podwórzu budynku celnego, częściowo-wewnątrz-w natłoczonym ludźmi niedużym pokoju. Czekaliśmy przeszło pół godziny. Złośliwi i najbardziej niecierpliwiący się nasi pasażerowie-robili głośno porównania-naszej ceremoniji kontrolnej-z szyblim sposobem załatwiania podróżnych- wycieczkowiczów wjeżdżających do Niemiec. Inni znowu czynili dowcipne uwagi, objaśniając postój tem, że urzędnik celny udał się do domu, by sprowadzić żonę, jako że będąc mężczyzną nie mógł by dokładnie zrewidować kobiety, co uczyni jego małżonka. Wreszcie wyszło z budynku kilku urzędników celnych, którzy najpierw posługując się latarkami-zbadali dokładnie zawartość aut, następnie ustawiwszy wszystkich w dwu-(Sic!)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz