czwartek, 27 sierpnia 2015

Jan Michalczyk - nauczyciel Liceum 1952-1955


Fragmenty wspomnień Jana Michalczyka

ur. 1927 w Drużykowej, zm. 2007 w Ciechanowie. W latach 1952-55 nauczyciela nidzickiego Liceum.

Jan Michalczyk


Następnego dnia po zakończeniu kursu wybrałem się do Nidzicy, gdzie miałem już zaczynać pracę, a miasta tego wcale jeszcze nie znałem. Pojechałem rano pociągiem i po półtoragodzinnej jeździe znalazłem się na miejscu. Po drodze opanowały mnie różne wątpliwości co do mojej przydatności do tej pracy. Zacząłem zastanawiać się jak przyjmie mnie w tej placówce dyrektor? Następnie jak potraktują mnie współpracownicy? I wreszcie czy dam sobie radę z młodzieżą? O ileż prostsze było przygotowywanie się do tej pracy na studiach… Kto wie czy się tu nie skompromituję… Chętnie dałbym teraz drapaka jak najdalej stąd. Ale wszystko zostało już zapisane w papierach, więc nie było odwrotu. Zrezygnowany i pełen obaw wysiadłem na przystanku Nidzica. Mimochodem zauważyłem, że budynki należące do dworca leżały w większej części w gruzach. Wyszedłem na ulicę prostopadłą do dworca. Poinformowany przez przechodniów, poszedłem w kierunku tutejszego Liceum Ogólnokształcącego. Było ono przy tej samej ulicy, tylko nieco dalej od dworca. Liceum mieściło się wtedy w budynku szkoły podstawowej, ale jak się dowiedziałem, wykańczany był już budynek przeznaczony specjalnie dla tej szkoły. Z duszą na ramieniu odszukałem sekretariat szkoły, skąd sekretarka skierowała mnie do urzędującego w następnym pokoju dyrektora. Wszedłem na bardzo sztywnych nogach, ale mój przyszły zwierzchnik przywitał mnie z uśmiechem i oświadczył mi, że już na mnie czekał, bo został uprzedzony przez Kuratoriumo o moim przyjeździe. Dyrektor wydał mi się dość przystojnym mężczyzną w wieku około czterdziestu paru lat. Chodził w okularach, ale wydało mi się, że ma trochę zeza. W sumie okazał się osobą sympatyczną. Kazał mi wnieść swoje manatki z sekretariatu i zaproponował, że mogę u niego poczekać dwie godziny albo wyjść na ten czas, żeby zwiedzić miasto, bo on miał do załatwienia parę bardzo pilnych spraw. Obiecał pokazać mi potem mieszkanie, które zamierzał odstąpić mi od swojego nadmetrażu. Podziękowałem mu, że pomyślał o tak ważnej dla mnie sprawie i poszedłem zwiedzać miasto. Budynek szkolny mieścił się w głębi dużego boiska, które dochodziło aż do tej ulicy, którą tu przyszedłem. Teraz znowu szedłem tą ulicą oddalając się jeszcze bardziej od dworca kolejowego. Miałem w ten sposób dojść do centrum tego miasteczka. Byłem bardzo zdziwiony, bo po ominięciu jednego domu, za boiskiem, za jakąś rzeczką, zauważyłem gruzy domostw ciągnące się po obu stronach ulicy. Z niektórych domów zostały tylko ściany z wnękami po oknach, a po innych zostały tylko fundamenty zaznaczające zarys domu. Robiło to bardzo przykre wrażenie - zamiast miasta zwiedzałem jego trupa. Idąc dalej doszedłem do dużego czworobocznego placu, na którego środku stał dość duży budynek z wieżyczką. Po obu bokach tego placu stały kikuty kilkupiętrowych budynków. Po prawej stronie ponad te gruzy wznosiły się mury dużego, starego zamczyska.
Po powrocie z miasta zabrałem swoje manatki i poszliśmy z Dyrektorem do jego mieszkania, gdzie miałem okazję poznać panią Dyrektorową i wprowadziłem się do pokoju, który mi wskazali. Dyrektor nazywał się – Kazimierz Krakowski.
Oglądając gruzy nidzickie nie wiedziałem jeszcze, że tak jak Nidzica zniszczone są wszystkie miasta Warmii i Mazur. Zdziwienie budził fakt, że zniszczenia te nie powstały w wyniku walk frontowych. Wyrządziła je Armia Czerwona w czasie opuszczania tych terenów. Odbudowa takich miast zajęła polskiej administracji prawie ćwierć wieku. Kosztowna to była konieczność, ale dzisiaj są to znów ładne miasta w otoczeniu lasów i jezior, chętnie odwiedzane przez turystów.
Już następnego dnia okazało się, że mieszkania które mi przydzielono, nie będę zajmował sam, bo dokwaterowano mi, przybyłego z Kuratorium – nowego nauczyciela fizyki. Był nim absolwent Uniwersytetu Toruńskiego – Tadeusz Głuchowski. Warunki mieszkaniowe w Nidzicy były w tym czasie trudne i rozumiejąc to nie wnosiliśmy żadnych protestów.
Za dwa dni rozpoczęła się w mojej nowej szkole konferencja z cyklu tak zwanych Konferencji Sierpniowych dla nauczycieli powiatu nidzickiego. Konferencje takie odbywały się co roku, a miały mobilizować nauczycieli wszystkich przedmiotów do pracy po przerwie wakacyjnej. Odbywały się one w całym kraju i były dla wszystkich nauczycieli obowiązkowe, więc oczywiście i ja w nich uczestniczyłem. Były na nich poruszane różne zagadnienia dydaktyczne, które nie stanowiły dla mnie wielkich nowości.
Po zakończeniu dwudniowej konferencji odbyło się posiedzenie Rady Pedagogicznej naszej szkoły. Dyrektor przedstawił mnie i Tadeusza Głuchowskiego całemu uczącemu tu zespołowi, a następnie przedstawił nam wszystkie koleżanki i kolegów tej szkoły. Było to ciekawe grono osób, typowa dla województwa olsztyńskiego mieszanina przedstawicieli różnych regionów kraju, a nawet narodowości. I tak tutejsza polonistka- pani Wanda Łukszo, była wysiedlona z Nowogrodczyzny; pan Franciszek Jeziołowicz- nauczyciel języka francuskiego i łaciny – był autochtonem; pan Jan Matykajtys – nauczyciel matematyki był Litwinem; pan Dawid Milkamanowicz- tutejszy fizyk obok Głuchowskiego- był Tatarem, który przybył tu z Wileńszczyzny na własne życzenie; pan Adam Piechowicz- nauczyciel geografii był podobno przed wojną dyrektorem Ośrodka Metodycznego na Kujawach i mimo swoich wysokich kwalifikacji był przez tutejsze władze partyjne źle postrzegany więc nie mógł np. zostać dyrektorem szkoły. Pan Mirosław Świątecki - również polonista, na swoje nieszczeście był synem przedwojennego wójta w okolicach Mławy i z tego tytułu był przez władze uważany za człowieka „niepewnego”. Na wiele lat przylgnęło do niego określenie „Kułak”, co utrudniało mu awans. Inni jeszcze nauczyciele pochodzili z różnych regionów kraju, ale trzeba dodać, że mimo to wszyscy byliśmy bardzo dobrze do siebie nastawieni. Sądzę, że znacznie gorsze było nastawienie do nas tutejszych władz partyjnych, o czym stopniowo się dowiadywałem. Z dzisiejszego punktu widzenia jest to trudne w ogóle do wyjaśnienia, bo przecież władzom powinno było zależeć na zespoleniu tej społeczności i korzystaniu z jej dobrej pracy. Widać jednak było, że nawet w szkole próbowano realizować zasadę walki klas, antagonizowania społeczeństwa. Tak więc w tym doborowym jak na tamte czasy zespole pedagogicznym na dyrektora szkoły wybrano absolwenta liceum dla dorosłych i pracownika miejscowego Przedsiębiorstwa Budowy Dróg, oczywiście działacza partyjnego. Na to stanowisko nie pasowała pani Łukszo, która potem pracując już w innych miejscowościach zdobyła jeszcze wyższe wykształcenie a po kilkunastu latach została prof. Sorbony w Paryżu.
Podobnie nie pasował władzom pan Franciszek Jeziołowicz- bardzo lubiany przez wszystkich zarówno nauczycieli jak i uczniów, a późniejszy wieloletni lektor języka niemieckiego w Wyższej Szkole Rolniczej w Olsztynie. Nie pasował ani pan Piechowicz ani pan Świątecki, który już po kilku latach zrobił doktorat i pracował w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Olsztynie, pełniąc funkcje prodziekana, a następnie dziekana Wydziału Humanistycznego tej Uczelni. Wszyscy ci koledzy pracowali bardzo ofiarnie i uważam, ze dyskryminowanie ich, a w wyniku tego ich przenoszenie się do innych miejscowości, wyrządzało duże szkody nidzickiemu społeczeństwu. Uważam, że moja ocena tych ludzi i czasów jest obiektywna tym bardziej, że ja osobiście nie doznałem tu żadnych niesprawiedliwości.

Już od 1 września 1952 roku stanąłem w klasie przed młodzieżą. Mimo moich wcześniejszych obaw, wszystko zaczęło się zupełnie dobrze. Pierwszą lekcję jaką miałem w tej szkole odbyłem w klasie maturalnej, do której wszedłem jak do lasu, bo było tu sześciu prawie dwumetrowych dryblasów, a i inni niewiele im ustępowali. Trochę mnie to speszyło, bo byłem od nich o wiele niższy. Rozpocząłem lekcję od omówienia programu nauczania. Nie było to dla mnie wielkim wyzwaniem, bo na lekcjach z metodyki z profesorem A. Dziurzyńskim przerobiliśmy bardzo dokładnie założenia i treść tego programu. Pod koniec lekcji odczułem ze strony uczniów wiele sympatii, co mnie bardzo ucieszyło. Zresztą do końca ich nauki w naszej szkole, bardzo dobrze mi się z nimi pracowało. Również i inne klasy nie były wiele gorsze. Według wypowiedzi Dyrektora, który robił wywiad w kilku klasach, uczniowie również byli zadowoleni z moich lekcji. Przez parę miesięcy nasza szkoła gościła w budynku szkoły podstawowej, a następnie przeprowadziliśmy się do nowego budynku, mieszczącego się u podnóża góry zamkowej. Tu zacząłem od razu organizować własną pracownię, bo miałem wreszcie salę przeznaczoną na ten cel.
...Pod koniec pierwszego roku pracy czułem się już całkiem swojsko tak w mojej nowej miejscowości, jak i w szkole. W dużym stopniu związane to było z coraz większą zażyłością koleżeńską pomiędzy Jeziołowiczem, Głuchowskim , Świąteckim i mną. Po pracy wychodziliśmy często na długie spacery za miasto lub spotykaliśmy się w naszych mieszkaniach.
...Okazało się, że 60% nauczycieli szkół podstawowych nie posiada pełnych kwalifikacji nauczycielskich. W braku specjalistów na tych ziemiach zatrudniano ochotników bez przygotowania zawodowego. Dzisiaj tak określalibyśmy pewnie nauczycieli po wyższych studiach, a jedynie bez kursów pedagogicznych. Były to jednak czasy powojenne i wielu nauczycieli zabrakło, szukano więc pilnie jakichś ich zastępców. Zatrudniano ochotników, często nie mających ukończonego nawet seminarium nauczycielskiego czy w ogóle jakiejś szkoły średniej z uzupełniającym kursem pedagogicznym. Zorganizowano więc system pomocy nauczycielom, ich doskonalenia zawodowego, w postaci ośrodków metodycznych różnych szczebli. W Nidzicy istniał już wtedy tzw. PODKO (Powiatowy Ośrodek Doskonalenia Kadr Oświatowych), zależny od WODKO, czyli szczebla wojewódzkiego tej samej firmy.
...Już na początku tego roku szkolnego otrzymałem od władz miasta przydział terenu w pobliżu szkoły pod działkę szkolną. Choć był to teren otoczony rozwalonymi domami, byłem całkiem zadowolony. Dzisiaj stoi już tam duży budynek mieszkalny.
...Dla porównania mogę dodać, że pracując przez 3 lata w nowej szkole w Nidzicy – cieszyłem się, że zakupiłem tam w czasie mojego pobytu 3 mikroskopy uczniowskie. W Szczytnie w pierwszym roku mojej pracy miałem do dyspozycji 16 nowych mikroskopów z pochyłymi tubusami bardzo wygodnymi dla uczniów. 
...Właściwie wszyscy moi dotychczasowi najlepsi koledzy odeszli już wtedy z Nidzicy, a mianowicie:
* Franciszek Jeziołowicz przeniósł się do Olsztyna na WSR (Wyższą Szkołę Rolniczą, przekształconą później w Akademię Rolniczo-Techniczną, a od niedawna w Uniwersytet Warmińsko-Mazurski), gdzie już do emerytury pracował jako lektor języka niemieckiego;
* Mirosław Świątecki przeszedł do Nowego Miasta na nauczyciela jęz. polskiego i kierownika internatu (później zrobił doktorat i został dziekanem Wydziału Humanistycznego olsztyńskiej WSP).
* Tadeusz Głuchowski – przeszedł do Działdowa;
* Wanda Łukszo – przeniesiona została do Olsztyna na stanowisko instruktora języka polskiego w WODKO.
Na miejsce tych osób przybyli nowi nauczyciele – trzy koleżanki i jeden kolega do nauki języka polskiego. Trochę się obawiałem, że te zmiany pogorszą układy koleżeńskie w naszej szkole, ale okazało się, że miały też aspekt pozytywny. Jeszcze w tym samym roku koleżanka ucząca tu chemii wyszła za mąż i opuściła naszą szkołę, ale na jej miejsce przybyła od razu absolwentka UMK w Toruniu. W ciągu tego roku zaprzyjaźniłem się z nią i zdążyłem poznać wiele jej zalet. Prawdę mówiąc, o mało nie związałem z nią swoich dalszych losów.
... moja wyprowadzka z Nidzicy, gdzie zacząłem się już dobrze czuć, nie wynikła z mojej chęci do zmiany miejsca pracy, a raczej z zachęty czy nawet nacisku ze strony kuratorium. Oczywiście nie obawiałem się samej pracy w nowym miejscu, ale byłem trochę podenerwowany zbliżającą się przeprowadzką. Dlatego spędzając wakacje 1955 r. jak zwykle w Myszkowie, już po dwudziestym sierpnia pośpiesznie opuściłem Rodziców i wyjechałem do Szczytna.
 

Autor jako nauczyciel ze swoją ostatnią klasą w Liceum Pedagogicznym w Szczytnie (tuż przed autorem, po lewej, przy drugim stole siedzi Krzysztof Daukszewicz)


Franciszek Jeziołowicz – znajomy, kolega, kompan dosłownie od półwiecza; w okresie olsztyńskim także mój sąsiad.
Dla mnie -DJM- pan mgr Franciszek Jeziołowicz był nauczycielem niemieckiego, a przede wszystkim erudytą; przetłumaczył z niemieckiego książkę Ferdynanda Gregoroviusa „Idea polskości. Dwie księgi martyrologii polskiej” (wydaną w oryginale w 1848 r.). W Internecie zachował się także ślad innej jego pracy:
Jeziołowicz, Franciszek: Ferdynand Adolf Gregorowiusz z Nidzicy. Przyjaciel Polaków. Komunikaty Mazursko-Warmińskie 1966, Nr. 3, S. 353-357.
Pod koniec życia planował przygotowanie słownika polsko-pruskiego. Pewnie by się ucieszył, gdyby wiedział, że dziś można w Internecie znaleźć wcale nie tak mało materiałów na temat Prusów i ich języka.
Pan Franciszek Jeziołowicz umarł 14 maja 2006 r.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz